Duende Muses: Luiza Anyszka i sztuka romantyzowania codzienności

Luiza Anyszka, założycielka Anyszka Studio, traktuje projektowanie wnętrz jak tworzenie osobistej scenografii do życia i pokazuje nam, jak romantyzować codzienność.

Duende Muses: Luiza Anyszka and the Art of Romanticizing the Everyday

Inaugurujemy nasz Journal cyklem „Duende Muses” i spotkaniem z Luizą Anyszką – muzą, przyjaciółką i wizjonerką z Anyszka Studio. Luiza uczy nas, jak traktować wnętrza jak własną skórę i jak w codziennym biegu znaleźć przestrzeń na celebrację. „Romantyzowanie codzienności” to w jej wydaniu nie tylko estetyczny wybór, ale styl życia. Rozmawiamy o architekturze, która otula, o miłości do patyny i odwadze, by żyć dokładnie tak, jak chcemy.

Poranki na starym parkiecie, zapach kadzidła i jedwabne szlafroki. Luiza Anyszka, założycielka Anyszka Studio, projektowanie wnętrz traktuje jak tworzenie osobistej scenografii do życia. W jej świecie architektura traci swój surowy, techniczny wymiar, a zyskuje ten najbardziej ludzki – pełen kolorów, zapachów i tekstur, które mają nas otulać każdego dnia. Z Luizą rozmawiamy o odwadze w łamaniu zasad, pięknie patyny i o tym, jak celebrować codzienność za pomocą małych, świadomych wyborów.

Czy Twój styl zmienił się, odkąd zamieniłaś architekturę kubaturową na projektowanie wnętrz?

Zdecydowanie. Architektura to duża skala, elewacje, długi proces budowlany – ale to we wnętrzach odnalazłam właściwy, ludzki wymiar. Wtedy też zrozumiałam, że dużo bardziej zależy mi na tym, żeby coś przetrwało wiele lat, nosiło ślady użytkowania, pamiętało innych ludzi. Że bardziej liczy się dla mnie to, jak światło zagra w odbiciu na starej, krzywej ścianie, niż jaki to styl architektoniczny.

Zrozumiałam, że każdy z nas żyje w swojej własnej scenografii, a wszystko opiera się na małych, codziennych wyborach. Moje podejście stało się bardziej sensualne – uwielbiam stare, skrzypiące parkiety, cieszę się, że mam ciemną sypialnię, która budzi mnie w spokojny, otulający sposób. Kiedyś zachwycałam się czystą, surową formą budynków. Dziś w domu chcę przede wszystkim czuć się otulona – kolorem, fakturą materiału, a nawet zapachem.

Byłyśmy ostatnio razem na Salone del Mobile w Mediolanie. Co zostało w Tobie po tej podróży? O czym teraz marzysz w kontekście projektowania?

Luiza: Mediolan to mój totalny wnętrzarski crush. Włochom najbardziej zazdroszczę ich bazy. Ta ilość starych, pięknych kamienic, a w nich mieszkania, w których właściwie niewiele trzeba zmieniać, żeby poczuć się jak w starym filmie. Wystarczy piękna kanapa i świeże, cięte kwiaty – i już jesteś w bajce. Do pomieszczenia z oryginalnym parkietem, sztukateriami na ścianach i sufitach nie trzeba nic „dorysowywać”. Baza jest. Można ją jedynie dodekorować, nie trzeba wymyślać koła na nowo. To zupełnie inny świat niż polska współczesna deweloperka.

Bardzo bym chciała, żebyśmy w Polsce zrozumieli, że „stare” nie oznacza „złe”. Dla mnie to przede wszystkim historia i ogromna wartość. Marzę o tym, żebyśmy nauczyli się traktować nasze wnętrza tak, jak traktujemy życie. Żebyśmy tańczyli w obcasach po parkiecie, palili świece, żyli w tych przestrzeniach naprawdę – i pozwalali im się przy tym godnie starzeć razem z nami. Każdy szlachetny materiał po latach wygląda jeszcze piękniej, jeśli mu na to pozwolimy.

Osobiście łatwiej mi urządzić mieszkanie w starym bloku na Ursynowie, gdzie za oknem na szóstym piętrze szumią drzewa, niż w betonowych czterech ścianach najnowszego budownictwa – bez duszy, bez patyny. Ale tę patynę możemy stworzyć całkiem szybko, właśnie żyjąc we wnętrzach. Inwestując w szlachetne materiały i pozwalając im się zużywać. To właśnie patyna daje to poczucie długowieczności i szlachetności – i tego nie da się kupić ani zaprojektować z góry.

Kilka tygodni temu ukazała się publikacja w Vogue Living Australia z Twoim projektem wrocławskiej kamienicy. Czy przy tym projekcie musiałaś podjąć jakieś trudne, ryzykowne decyzje?

Największym wyzwaniem była decyzja o pomalowaniu gabinetu na ciemny, głęboki kolor. Teoria mówi, że pomieszczenia od północnej strony należy robić jasne – ja tę zasadę złamałam i zrobiłam właściwie wszystko na odwrót.

Efekt przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. W tym pokoju można dosłownie zatopić się w sofie i w pełnym skupieniu oddać się czytaniu lub pracy. Użyłam tam mojego ukochanego koloru z Farrow & Ball – Brinjal. I ten pokój stał się sercem mieszkania, a zdjęcie, które w nim powstało, jest najbardziej okładkowym ujęciem w całej mojej dotychczasowej twórczości.

Duende to dla nas romantyzowanie codzienności. Jak Ty to robisz na co dzień?

Dla mnie to suma małych rytuałów. Lubię rano chodzić boso po starym parkiecie, ubrana w jedwabny szlafrok przywieziony z wakacji. Zanim zacznę dzień, muszę rozpalić kadzidło i wypić ulubioną kawę. Ważne są dla mnie cięte kwiaty w wazonach – kocham piwonie, wszystkie bukiety, które zmieniają się z dnia na dzień i nigdy nie wyglądają tak samo.

Wierzę, że każdy może stworzyć sobie przestrzeń, w której poczuje się bezpiecznie i autentycznie. Tak jak codziennie dobieramy ubranie do tego, kim jesteśmy – tak samo możemy małymi krokami zmieniać nasze otoczenie, żeby każdego dnia żyć jak w swoim najbardziej wyromantyzowanym dniu. Bo kiedy, jeśli nie teraz?

Ja dlatego mieszkam w starej kamienicy – żeby każdego dnia mieć namiastkę pałacu w Nieborowie albo wymarzonego starego domu, który kiedyś kupię (nie powiem, który to, żeby nikt mnie nie uprzedził).

Noście jedwabie i zwiewne sukienki latem. Zróbcie blat z marmuru i rozlewajcie na nim wino. Wybierajcie piękno, nawet jeśli jest mniej praktyczne. Zwłaszcza jeśli jest mniej praktyczne.

Gdzie najczęściej szukasz inspiracji, gdy czujesz, że potrzebujesz świeżego spojrzenia?

Przede wszystkim w podróżach – tych dalekich i tych zupełnie lokalnych. Ostatnio zakochałam się w Naples na Florydzie, uciekając od plastiku i przepychu reszty stanu. Przypadkiem weszłam do Bonnet House w Fort Lauderdale i przepadłam. Czasem to celowe wyprawy, a czasem właśnie takie przypadki okazują się najcenniejsze.

Uwielbiam się zgubić – w Rzymie, na rowerze w nieznane, w pałacowych ogrodach. Mama wsadzała nas z siostrą do samochodu i jeździłyśmy w poszukiwaniu najpiękniejszych domów i ogrodów w okolicy. Myślę, że to wtedy nauczyłam się zaglądać ludziom w okna – i robię to do dziś, zupełnie bez wyrzutów sumienia.

Zresztą nie trzeba jechać daleko – Polska ma swoje skarby. Kocham Nieborów, Nakomiady, Folwark Galiny. To miejsca, które przypominają mi, że piękno i historia są tuż obok, wystarczy tylko wiedzieć, gdzie szukać.

Ulubione miejsca Luizy w Warszawie

  • Miejsce na kawę: Klasycznie STOR i kultowa Charlotte na placu Zbawiciela
  • Galeria/Muzeum: Muzeum Narodowe
  • Sklep z dodatkami do domu: NAP
  • Kierunek na weekend: Pałac w Nieborowie

Czytaj jeszcze

Duende Muses: Agata Strzelecka-Janicka. On the power of pearls, the art of letting go, and the beauty of a simple life

Duende Muses: Agata Strzelecka-Janicka. O sile pereł, lekcji odpuszczania i pięknie prostego życia

wróć do journal